Weronika Dąbrowska – eksperymenty z fotografią

Weronika Dąbrowska – eksperymenty z fotografią

„DZIĘKI BOGU JUŻ WYSZŁA. Fabryka wszystkiego, co brudne” (szukajcie tu: https://www.facebook.com/events/1023814624434000/) to kuratorski wybór prac autorstwa Weroniki Dąbrowskiej, który napotkałam w Galerii u Agatki.Coś zaiskrzyło pomiędzy tymi pracami a mną. I właśnie ta iskra stała się początkiem znajomości, która jest dla mnie przysłowiowym kuratorskim strzałem w 10, zupełnie niecelowym, a doskonale trafionym.


Artystkę poznałam dzięki uprzejmości Agaty Grzych – właścicielce wspomnianej Galerii u Agatki. Bardzo zależało mi na zakupie jednej z prac Weroniki. Znając jedynie pokrótce historię działań, które doprowadziły Weronikę do wystawienia swoich prac, poprosiłam o jej historię ją samą. I tu w zasadzie moja rola się urywa. Choć może to niewłaściwe słowo, bo już wiem, że muszę „Weronikowe fotografie wystawić”, pokazać światu to, co wyczynia ta młoda szalona dama, coś o czym nie śni się fotografom i pewnie niejednemu nauczycielowi fotografii stawia włosy dęba.

Spotkałyśmy się pomiędzy dwiema burzami, ja zastygłam – zamieniona w słuch. Zastygłam z otwartymi ustami zdumiona tym, co usłyszałam. Chciałabym móc wysłuchiwać takich opowieści dużo więcej, ale wcale nie łatwo trafić na artystę tak młodego, a tak mocno i bezpretensjonalnie zaangażowanego w swoją pasję. Zresztą oceńcie sami:

– W jakiej szkole uczyłaś się fotografii, która szkołą ukierunkowała Cię na uprawianie tego rodzaju sztuki?
Fotografii uczyłam się w Technikum nr XV imienia Marii Skłodowskiej – Curie we Wrocławiu, w chwili, gdy jeszcze wykładała tam prawie cała śmietanka fotografów Wrocławia. Byli to Karol Krukowski, Agata Grzych, Paweł Wojas, oraz Jakub Kamiński. Praca z nimi była ogromnym skarbem, ponieważ wszyscy oni byli aktywnymi artystami. Obecnie studiuję grafikę na SWPS (SWPS – Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej Uniwersytet Humanistyczno-Społeczny – przyp. artystki). Właśnie w niedzielę ukończyłam pierwszy rok. SWPS to przede wszystkim, a na pewno moim zdaniem prywatna szkoła psychologii. Cały ten dział przenika przez każdy milimetr budynku i dosłownie kości osób tam przychodzących, ponieważ wszystko, czego się na SWPS uczymy ma podłoże i nawiązuje do psychologii człowieka. Poza sztywną nauką obsługi programu, czy aparatu, wykonujemy też dużo badań empirycznych, ku poznaniu zapotrzebowań przyszłego klienta. Nie jest to szkoła dla każdego, nie wszystkim podoba się takie podejście i spędzanie połowy kolokwium na wywiadach, ankietach a potem w programach do danych. Ja osobiście lubię ludzi i poznawanie ich, albo próby ich rozumienia. A do tego lubię sztuki plastyczne. Więc w pewnym sensie SWPS spełnia moje potrzeby.
– Jak wyglądała zabawa z fotografią, która doprowadziła Cię do uzyskania takich efektów, które mogliśmy oglądać na wystawie Twoich prac?
W sumie cała zabawa zaczęła się od zajęć teoretycznych na tematy praktyczne. Zawsze lubiłam ciemnię fotograficzną i to dużo bardziej niż studio. Nie widzę światła, dopiero uczę się go. Poznałam jednak każdą zasadę, która była istotna w ciemni. I jako nieliczna z „klasy”, byłam w stanie wykonywać zadania w ciemni poprawnie. Ucząc się o technikach szlachetnych, oraz o zjawiskach w fotografii dowiadywałam się o zjawisku Sabattiera, solaryzacji, cyjanotypii, taśmach filmowych, w których ścięło się białko, przez co wychodziły różne niedoskonałości na zdjęciach… Każda ta technika w teorii wydawała się być ciekawa, ale wciąż brakowało mi jej namacalności. Zaczęło mnie irytować opowiadanie typu “można sprawić by na kawałkach naświetlonego i nie wywołanego zdjęcia obraz w jakiejś części był negatywowy, jeśli naświetli się je mocnym światłem błyskowym i zaraz potem wywoła”. To wszystko to było tylko gadanie, teoria. Nie miałam tego namacalnie, nie mogłam tego doświadczać. Poza tym u mnie w szkole fotografie brało się tak na serio….Kiedy patrzyłam na to wszystko czułam się jakby była postacią ze szkła. Zimna, ale delikatna w świetle. Mi to nie odpowiadało i nie podobało mi się. Większość tzw. „pięknych zdjęć” była jakby pusta. Ludzie mówili, że to takie szokujące. A dla mnie to już było, ktoś to już robił i to nawet często, nic ciekawego… Bo to była tylko kolejna fotografia pięknej pani z cyckami w ładnym świetle. Ja chciałam bawić się fotografią, nie chciałam jej brać na serio. Interesowało mnie by pracować w ciemni i z aparatem analogowym, bo po prostu nie lubiłam robić „pięknych, czystych zdjęć”. Moja estetyka to przemysł, tym bardziej szłam w kierunku zdjęć usyfionych, brudnych, starych. Pierwotnie “Fabryka wszystkiego co brudne” miała ukazywać w praktyce, jak uzyskać zjawiska w fotografii. To miał być po prostu podręcznik. Ale i ja odeszłam od pokazania tych zjawisk. Wszystko bowiem zmienił jeden wieczór i artykuł od Agaty Grzych. (fotografka, wykładowczyni akademicka, właścicielka Galerii u Agatki – przyp. K. Śmigielska) o „film soup”. W tekście tym ukazano jak w domu, za pomocą proszku do prania tak przerobić taśmę filmową, by ta miała na sobie zniszczenia. Zaczęłam szukać i czytać na ten temat. Znalazłam gotowanie taśmy w kawie, w zwykłym wrzątku, przeczytałam o taśmach filmowych, które ktoś włożył do pralki. Czytałam o taśmach filmowych z przyprawami… Dużo tego było. Zaczęłam więc niszczyć wszystkie posiadane przeze mnie taśmy. Mogłam sobie na takie działanie pozwolić, bo wtedy taśmy filmowe nie były popularne, tak jak teraz, gdy znowu wróciły do łask. Nawet udawało mi się kupić sztukę za 5zł, a za drugie tyle wywołać. Zakupiłam też skaner i mogłam robić co chciałam, mieszcząc się w wcale nie najgorszym budżecie. Najpierw leciała chemia z przepisów, a potem to właściwie mieszałam co popadnie. Alkohol, przyprawy, domestos, wszystko, dosłownie wszystko. Moczyłam, gotowałam, wylewałam i płukałam taśmę. A potem suszyłam kasetki na parapecie po 2 tygodnie, albo suszyłam suszarką w ciemni. I zwijałam je z powrotem. Jedyne najdłuższe zdjęcie, jakie znalazło się na wystawie, robione było właśnie w proszku do prania. Jak kiedyś nie wysuszyłam taśmy filmowej, bo chciałam żeby było szybciej, to okazało się, że owszem. zdjęcia wyszły – ale z efektem dokładnie takim samym, jak na taśmie wysuszonej już 3 tygodnie wcześniej w powolnym procesie suszenia. Działaniami tymi jednak zamordowałam swój aparat, bo woda wyciekła z kasetki w samym jego środku. Stało się to przy okazji zdjęć na herbacie, gdzie mój model został pomalowany na biało, a jego oczy na czarno. Bardzo cierpiał. Było lato, upał, a on był upaciany tymi farbami, które spływały mu prosto z włosów do oczu. Wobec takiej sytuacji spieszyłam się, na taśmie filmowej jest tylko 24 do 36 zdjęć, a nie było mowy o powtórkach i stało się to, co opisałam…aparat również cierpiał od zatonięcia…
– Dlaczego główne formy destrukcji jakie ukazujesz w swoich pracach, są ukierunkowane i dotyczą przede wszystkim twarzy postaci, bohaterów Twoich fotografii?
Po pierwsze chciałam by całość dostała “ręce i nogi”, dlatego potrzebowałam tematu związanego z nogami i rękami. I tak stał się nim człowiek. Zdjęcia innych autorów (najczęściej zagranicznych), poddawane destrukcji, które widywałam w internecie, czy czasopismach, były zazwyczaj widoczkiem albo budowlą, od biedy pieskiem lub kotkiem. Ja chciałam dla odmiany w temacie zawrzeć człowieka. To miał być człowiek na czarnym tle, z jednym silnym światłem, tak, by za jednym zamachem pokazać, jak zniszczony film zachowuje się w cieniu a jak w świetle (w zdjęciach jest zawartych kilka informacji, na które po prostu nie zwraca się uwagi). Zaczęłam też to wszystko lata temu. Ludzie ze zdjęć byli niepewni siebie, a ja by zapewnić sobie prawo do robienia z fotografiami, to na co mam ochotę, obiecałam bohaterom moich zdjęć, że nikt nie rozpozna ich twarzy. Nawet jeśli ich fotografia pojawi się na billboard’zie, to będą nierozpoznawalni. Dlatego właśnie zniszczyłam im twarze. Na jednym zdjęciu jestem nawet ja, jest to autoportret. Ale nikt, kto nie wie, która to fotografia, nie odnajdzie mnie. Wiele osób o prostu przypisuje mi inne zdjęcie jako autoportret. Lubię te zniszczenia. Niektóre wyglądają upiornie, jak np.: to:….
I tu przerywam wywiad. Z Weroniką można przegadać cały dzień, noc, tydzień. Widać w każdym słowie pasję, młodzieńczą radość tworzenia.Weronika swój czas dzieli na pracę, naukę i twórczość. Choć jest młodym twórcą, posiada ogromną wiedzę z zakresu fotografii, doskonałą bazę do eksperymentów, trampolinę do odkryć.W Galerii u Agatki byłam pod wrażeniem tego, co zobaczyłam. Teraz jestem pod wrażeniem tego co usłyszałam. A wszystko za sprawą Weroniki Dąbrowskiej, której praca już zagościła w mojej kolekcji.Weronika zgodziła się wstępnie do wystawienia swoich prac ponownie. Może będą nowe? Na to pytanie odpowiem wystawą Weroniki, która mam nadzieję, odbędzie się już niebawem. Oczywiście, że poinformujemy Was o tym. Póki co uciekam, bo znowu leje deszcz, jakby woda znowu wyciekała z
kasetki aparatu…

/tekst: Katarzyna Śmigielska z udziałem Weroniki Dąbrowskiej, zdjęcia:  z archiwum Artystki/

 

 

więcej fotografii autorstwa Weroniki Dąbrowskiej znajdziecie tu:

https://www.instagram.com/wiera.lisicka/